Z OBOZU DO OBOZU








Z OBOZU DO OBOZU


Powieść
przez
Michała Bałuckiego


Warszawa - 1874r.




I.

Zmierzchać się już zaczynało, w saloniku było już prawie ciemno, przez otwarte okno widać pogodne, jasno-seledynowe niebo.
Przy fortepianie siedział młody człowiek i grał jakąś smętną fantazyę przypominającą bolesne mazurki Chopina i fantastyczne pieśni Schumana. Pod delikatnem dotknięciem jego drobnych, kobiecych prawie rąk, struny fortepianu wydawały zaledwie cichy szmer godzący się harmonijnie z ciszą letniego wieczoru.
Grający miał głowę nieco wzniesioną w górę i wzrok zapatrzony przed siebie, jak lunatyk. Czasami po wiotkiej jego postaci przechodziły żywsze drgnienia, jak podmuch wiatru po spokojnej wodzie; wtedy palce silniej, namiętniej naciskały klawisze i dobywały z nich wyrazistsze tony, a głowa nagłym, energicznym ruchem odrzucała w tył jasne, bujne włosy. Po jakimś czasie czy wskutek znużenia czy zamyślenia, ręce spoczęły bezwładne na klawiszach, a młody człowiek tak utonął myślami w głębokiej zadumie, że niesłyszał lekkiego skrzypnięcia drzwi pobocznego pokoju i szelestu jedwabnej sukni.
Do saloniku weszła młoda kobieta, wspaniałego wzrostu i poważna w ruchach.
Wśród zmroku, jaki był w saloniku, twarz jej matowej białości, obrzucona słabo i niejasno światłem, wychylała się z cieniów jak Rembrandtowskie malowidło; linie jej profilu były poważne i miały jakiś zakrój tragiczny.
Weszła do saloniku niespostrzeżona przez siedzącego młodzieńca i stanąwszy za krzesłem pochyliła się zwolna ku niemu, a usta jej dotknęły jego czoła. Pocałunek ten zbudził go łagodnie z zamyślenia, podniósł oczy w górę a ujrzawszy nad sobą twarz kobiety uśmiechnął się przyjaźnie i wyciągając do niej ręce rzekł:
— A! to ty Jadwiniu!
— Może przeszkodziłam ci? spytała siadając obok niego. Może komponowałeś?
— Nie. W tej chwili myślałem o wczorajszym wieczorze u księstwa. Nie wytrzeźwiłem się jeszcze moja droga z tego odurzenia, w jakie mnie wprawiły wczorajsze oklaski i pochwały. Dziwnie to łachocze nerwy i upaja. Nie gorsz się moja droga tem, co mówię; nie jest to próżność tylko, my artyści potrzebujemy tego upajającego narkotyku, jak koń wyścigowy madery; to nam dodaje ognia, zapału, natchnienia. Po wczorajszym wieczorze czuję się ożywiony, pełen animuszu do pracy. Słyszałaś, księżna chwaliła bardzo moje rondo. A tobie jak się ono podobało?
— Wolę sonatę twoją. W rondzie jest za dużo chęci popisania się z techniką, z trudnościami, jest chęć błyszczenia. Sonata ma więcej uczucia, jest głębszą.
— To prawda; a jednak widziałaś że rondo miało więcej powodzenia.
— W salonie. Zrobiła tę uwagę nieśmiało, jakby bała się go obrazić.
— Ja też nie dbam o inne pochwały. Salon, to wiat cały dla muzyki, tam wychowują się artyści, tam ich umieją słuchać, ocenić i nagradzać.
Muzyka jak egzotyczna roślina, potrzebuje cieplarni, oszklenia, ostre powietrze ulicy szkodzi jej i niszczy ją. Powiedz co wypieściło talent Chopina, jeżeli nie salony? Tu go też tylko rozumieją i umieją grać. Odkąd utwory jego dostały się pod grube, mieszczańskie palce, parodyowano je i potwornie skarykaturowano. Chroń Boże każdego artystę od takiej popularności. Czytałaś recenzyę ostatniego koncertu nabazgraną przez jakiegoś mieszczucha, jakież tam brednie popisano o Chopinie.
— Nie wynika z tego, aby inni w tej klasie nie mogli znać się na Chopinie, lub na muzyce.
— Nie znają się, nie znają; powtarzał z dziecinną upartością i rozdrażnieniem, ci ludzie mają za grube nerwy na to; chcąc ich poruszyć, trzebaby im trąbić za uszami same marsze


1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 | 101 | 102 | 103 | 104 | 105 | 106 | 107 | 108 | 109 | 110 | 111 | 112 | 113 | 114 | 115 | 116 | 117 | 118 | 119 | 120 | 121 | 122 | 123 | 124 | 125 | 126 | 127 | 128 | 129 | 130 | 131 | 132 | 133 | 134 | 135 | 136 | 137 | 138 | 139 | 140 | 141 | 142 | 143 | 144 | 145 | 146 | 147 | 148 | 149 | 150 | 151 | 152 | 153 | 154 | 155 | 156 | 157 | 158 | 159 | 160 | 161 | 162 | 163 | 164 | 165 | 166 | 167 | 168 | 169 | 170 | 171 | 172 | 173 | 174 | 175 | 176 | 177 | 178 | 179 | 180 | 181 | 182 | 183 Nastepna>>